Skip to main content

Każdy zna kogoś, kto ma swoją żelazną rutynę. Ale czy znacie kogoś, kto od blisko 34 lat budzi się przed czwartą rano, by na trasie śmieciarki witać mieszkańców Woli Justowskiej swoim nieśmiertelnym „dzień dobry”? Poznajcie pana Stanisława Poprawę – człowieka, który jest legendą lokalnych poranków. I nie, nie chodzi o pierwszego klienta w piekarni, tylko o bohatera z MPGO, bez którego Wola Justowska nie powąchałaby czystego powietrza tuż po świtaniu.

Od futrzarza do mistrza porządku

Historia pana Stanisława ma w sobie tyle karuzeli losu, co taniec z workiem pełnym śmieci po schodach w zimowy poranek. Gdy trzy dekady temu zamykano mu drzwi w Zakładach Futrzarskich, bez lamentów poszedł szukać nowego zajęcia. Trafiło na MPO, bo odwiedził dawną siedzibę z prostym pytaniem – „czy jest praca?”. Była – jak w dobrym filmie, tylko bez popcornu.

Wola Justowska na wyłączność

Od tamtej pory pan Stanisław kursuje tym samym rejonem, poznając pokolenia mieszkańców, wiedząc dokładnie, gdzie chowają swoje pojemniki i kto najbardziej boi się dzików. Tak, to nie są dla niego adresy z addycji, tylko druga rodzina – z uśmiechem, życzliwością i mnóstwem uprzejmości wyciąganej z kieszeni, jak lizak z automatu.

Metalowe potwory i zimowe przygody

Dziś plastikowe kontenery śmigają na kółkach, ale kiedyś miały w sobie duszę pancernika i ciężar historii. Metalowe pojemniki, często pamiętające II wojnę światową, trzeba było dźwigać, odkuwać i siłować się z nimi z pokorą. Do środka trafiał nie tylko popiół z pieców, ale i zamarznięta kostka wytrwałości. Słowem – siłownia na świeżym powietrzu, tylko zamiast treningowego partnera – współpracownicy uczący, by nie nabić sobie guza na głowie albo ego.

Trzecia trzydzieści, proszę wstać!

O pracy tych ludzi łatwo zapomnieć. Ich dzień zaczyna się wtedy, gdy większość krakowian walczy z drzemką budzika. 3:30 rano – pobudka, kawa, śniadanie i w trasę. Załoga wyjeżdża o szóstej, odbywa rytualną kontrolę samochodu, a potem wyrusza na podbój ulic, posesji, wspólnot i szpitali. Każdy dzień inny jak ślad na śniegu, ale cel zawsze ten sam – porządek, z którego wszyscy korzystamy, choć mało kto się nad tym zatrzymuje.

Codzienność spod śmieciarki

Praca śmieciarzy jest wymagająca. Bo to nie koncert on-line, tylko balet wielotonową śmieciarką na centymetry po wąskich uliczkach. Zdarza się, że ktoś się niecierpliwi, trąbi, krzywo patrzy… Ale pan Stanisław to mistrz cierpliwości i negocjator w jednym: wyjaśni, poprosi o chwilę spokoju. Najbardziej zapamiętał sytuację, gdy zirytowanego kierowcę spacyfikował inny mieszkaniec okrzykiem:

Nie widzi pan, że chłopaki ciężko pracują?

jeden z mieszkańców Woli Justowskiej

Takie interwencje to dla niego sygnał, że ktoś jednak widzi ich codzienny trud.

Mistrz instruktażu i krótkich rozmów

Doświadczenie pana Stanisława przydaje się młodszym. Pokazuje, jak ustawić pojemnik, jak zadbać o bezpieczeństwo, a czasami – jak obłaskawić dzika… Albo przynajmniej odpady rozgrzebane przez dziki posprzątać. Bo przecież najważniejsze to zostawić po sobie porządek.

Zaskakujące podziękowanie

Można by długo mówić o ciężkiej pracy tych ludzi, jednak czasem jeden gest albo słowo robią większe wrażenie niż worek odpadów. Pan Stanisław wspomina jedno z najfajniejszych podziękowań:

To nie wy jesteście śmieciarzami. To my śmiecimy. Wy wykonujecie za nas ciężką pracę.

mieszkaniec Woli Justowskiej

Uśmiech do śmieciarki

Czyste ulice nie biorą się z magii, tylko z pracy ludzi takich jak pan Stanisław. To oni zaczynają dzień, kiedy miasto jeszcze śpi i kończą, kiedy reszta ledwie łapie drugi oddech w drodze do pracy. Więc następnym razem, kiedy śmieciarka przetnie waszą ulicę i zatrzyma ruch, zamiast trąbić czy przewracać oczami, pomyślcie: to oni sprawiają, że możemy cieszyć się czystym Krakowem.

Pan Stanisław i cała załoga MPGO nie potrzebują orderów – wystarczy „dzień dobry”, uśmiech i chwila cierpliwości. Kiedyś może się okazać, że to was też obudzi przed świtem… i niekoniecznie na złość!