Dawny Kraków – miasto rzemieślników, żołnierzy i rodzinnych warsztatów. Krawiecki fach przechodził tu z ojca na syna, ale Jan Struszkowski obrał inną drogę – porzucił igłę na rzecz muszkietu. Wybór nie był szczególnie oryginalny w początkach XVIII wieku, gdy przez Małopolskę przetaczały się wojska i wojna kształtowała codzienność nieporównanie silniej niż osobiste ambicje.
To właśnie militarna służba zaprowadziła Jana do Jadownik koło Bochni. Tam, wśród rutynowych ćwiczeń, rozegrała się tragedia, która poprowadziła go aż przed krakowski sąd i stała się jedną z najbardziej fascynujących spraw w historii miasta.
Spokojny dzień i fatum przypadku
Dzień, który do dziś znajduje odzwierciedlenie w archiwach, miał być – jak później zeznawano – zwyczajny. Ćwiczono strzelanie. Wśród obecnych był także młody Zatorski. Jego rola do dziś nie jest jasna: był gościem wśród żołnierzy, niewiadomego statusu, z pewnością jednak częstym.
Na rozkaz czy z własnej chęci? Do końca nie dowiemy się, dlaczego jego ojciec tak bardzo niepokoił się synem, ani co sprawiło, że tego dnia Zatorski powiedział: „Nie wiem sam, co mi się dzieje, ręce mi obwisły, jakbym sam nie swój był.” Zmęczenie? Przeczucie nieszczęścia? A może tylko drobny niepokój…
Po ćwiczeniach żołnierze rozeszli się. Struszkowski odpoczywał w sadzie. Zatorski znów pojawił się w pobliżu wojskowej kwatery. I wtedy, jak w źle wymierzonej scenie, granica między zabawą a tragedią zatarła się całkowicie.
Muszkiet, żart, śmierć
Struszkowski zeznał przed sądem, że znalazł porzucony wcześniej muszkiet, przekonany, iż jest rozładowany. Nie mając złych intencji, wycelował dla żartu w stronę Zatorskiego i nacisnął spust. Broń wypaliła. Chłopak, trafiony kulą, miał tylko wykrzyknąć: „Dla Boga!” i runął na ziemię.
To był moment, który podzielił życie wszystkich zebranych oraz przyszły osąd publiczny. Sąd stanął przed pytaniami, które odtąd tylko pozornie wydają się oczywiste: czy był to niefortunny wypadek, czy morderstwo?
Ludzka rozpacz i sądowy dramat
Po zdarzeniu Struszkowski nie uciekał – szukał księdza, był zrozpaczony, mówił nawet, że odbierze sobie życie. Dopiero później, pod presją gospodyni opuścił miejsce tragedii. Zatrzymał się u bernardynów w Bochni, potem powrócił pod dach rodzinnego domu w Krakowie. Tu, w cieniach podziemi ratusza, rozpoczęło się jego oczekiwanie na sąd.
Proces ruszył 31 marca 1707 r. Obwinionemu przydzielono obrońcę z urzędu – patrona Domasławskiego. To nie lada szczegół: prawo miasta wykazywało się już wówczas daleko posuniętą dbałością o gwarancje formalne. To nie był wyrok pisany na kolanie.
Ojciec Zatorskiego żądał kary śmierci. Argumentował, że samo skierowanie broni w stronę człowieka świadczy o winie. Obronę stanowiła lekkomyślność i brak jakiegokolwiek motywu.
Wyrok i nieoczekiwany zwrot
Sąd uznał winę, lecz nie znalazł „zamiaru zabójstwa”, stwierdzając, że wszystko stało się „poza intencją i zamiarem”. Struszkowski otrzymał nie karę śmierci, lecz rok i sześć tygodni więzienia w podziemiach ratusza.
Sprawa wydawała się zmierzać ku apelacji – rozgoryczony ojciec złożył odwołanie. Jednak po kilku tygodniach apelację wycofano. Źródła milczą: czy gest skruchy wniósł coś istotnego, czy zawarto niepisaną ugodę? Wiadomo tylko, że Struszkowski publicznie obiecał wstąpić do klasztoru, a niedługo potem sam pełnomocnik ojca ofiary poprosił o zwolnienie go z więzienia. Tak też się stało.
Z perspektywy lat ta opowieść jest nie tyle historią o nieznanym mordercy, ile ilustracją zawiłości ludzkiego losu i próbą zmierzenia się przez krakowski sąd z pytaniem, które do dziś nie straciło aktualności: gdzie kończy się wypadek, a zaczyna zbrodnia?
