Skip to main content

W ciemnościach XVII-wiecznego Krakowa, gdzie zapach egzotycznych przypraw mieszał się ze smrodem wilgotnych piwnic, okrutna historia Sebastiana Samowskiego rozgrywała się tuż przy jednej z najstarszych i najbardziej uczęszczanych ulic miasta — Szewskiej. W jej sercu, w sklepie korzenno-chemicznym, Samowski za grosze nabył niewinnie wyglądający biały proszek, który miał położyć kres nie biegającym po kuchni gryzoniom, a jego własnej żonie.

Jego wyznanie przed krakowskim sądem posiadało lodowaty ciężar szczerości: małżonka „przykrzyła mu się”, a truciznę — królewskiego arszeniku — zamierzał wykorzystać, by raz na zawsze rozwiązać swój rodzinny problem. To nie była pierwsza jego próba; już wcześniej szukał sposobów na zgubienie żony.

Do finału Samowskiemu posłużył prozaiczny obiad. Gdy żona wyszła po sprawunki, on bezszelestnie wsypał śmiercionośny proszek do naczynia z kluskami, ustawiając scenę makabrycznego spektaklu. By zatkać ewentualne podejrzenia, sam spróbował potrawy i z pełną stanowczością nakazał żonie, by zjadła wszystko sama — niby dla zdrowia, pod żadnym pozorem nie dzieląc się z nikim innym.

Ludzka miłość, matczyna czułość, znów wywróciła wszystko do góry nogami: zignorowała polecenie i oddała kluski dzieciom. W kilku minutach dom zamienił się w chaotyczną scenę rozpaczy. Kobieta — dzięki gwałtownym wymiotom — ocaliła życie, lecz dwoje dzieci, Salusia i jej brat, przejęło na siebie ciężar tragicznego zamysłu ojca. Salusia przez długi czas walczyła o życie z wyniszczającą chorobą, zaś jej brat odszedł natychmiast — w konwulsjach i krzykach, które do dziś mogą rozbrzmiewać echem w murach tej części miasta.

Sprzedawcy, młodzi czeladnicy, nie prowadzili rejestrów, nie sprawdzali tożsamości i nie interesowali się intencjami klienta. Arszenik traktowano jako codzienne narzędzie walki z plagą szczurów; nieuchwytna, bezwonna trucizna płynęła przez ręce mieszkańców bez większych restrykcji — stała na półce tuż obok indyjskich przypraw, herbaty, tytoniu i chemikaliów do garbowania skór.

Kiedy opadły hektolitry łez i wybrzmiały krzyki agonii, krakowskie sądy nie dały się zwieść wykrętom Samowskiego — że zamierzał otruć wyłącznie żonę, że śmierć dziecka to nieszczęśliwy zbieg okoliczności. Medyczna ekspertyza nie pozostawiła złudzeń: zgon spowodowało zatrucie kluskami, które Sebastian Samowski własnoręcznie nafaszerował trutką. Sąd uznał go winnym usiłowania zabójstwa żony oraz pozbawienia życia dziecka — zapada wyrok śmierci.

Obrona próbowała jeszcze argumentować, że gdyby rzeczywiście zamierzał zabić dzieci, nie zabroniłby żonie dzielenia się jedzeniem. W tej narracji emocje, wyrzuty sumienia i miłosierdzia nie miały już jednak miejsca. Sąd zdecydowanie opowiedział się po stronie odpowiedzialności — nie można przecież szafować śmiercią, licząc na to, że trucizna trafi wyłącznie do wybranej miski.

Kiedy powieszono Samowskiego na Rynku Głównym, Kraków odetchnął na chwilę — lecz pył po tej historii nie osiadł nigdy. To nie tylko opowieść o rodzinnej tragedii i braku kontroli nad śmiertelnymi substancjami. To również przestroga, że nawet najbardziej zdawkowe, codzienne czynności — zakupy u czeladnika przy Szewskiej — mogą stać się początkiem tragedii, na którą nikt nie jest przygotowany.