Jest w Krakowie dzień, gdy ulice pulsują niecodziennym rytmem, a w powietrzu unosi się historia, której nie sposób zamknąć w żadnej gablocie muzealnej. Dzień, w którym prawdziwego Lajkonika można zobaczyć tylko raz – w oktawę Bożego Ciała. I tylko wtedy dotknięcie jego buławy niesie szczęście. Ta tradycja tętni pod powierzchnią miasta jak Wisła, nieprzerwana od setek lat, choć los rzucał jej wiele wyzwań.
Tegoroczny pochód rozpoczął się na Zwierzyńcu. Konik Zwierzyniecki otoczony świtą przemaszerował ulicą Senatorską, zatrzymując się na Placu Na Stawach, gdzie – przy klasztorze norbertanek – roztańczył się z chorągwią wśród dzieci z krakowskich szkół i przedszkoli. Dalej trasa prowadziła ulicą Kościuszki do Bulwaru Rodła, na spotkanie z flisakami, tymi, którzy – jeśli wierzyć legendzie – mieli ocalić miasto przed najazdem tatarskim w 1287 roku.
Następny przystanek – antykwariat Abecadło – zamienił się w święto literatury. Potem orszak odpoczął przy Skwerze Konika Zwierzynieckiego, by już za moment zatańczyć wielkie koło pod Filharmonią Krakowską, otoczony tłumem widzów. Malownicza karawana powędrowała ulicami Franciszkańską i Grodzką na Rynek Główny, gdzie pod Wieżą Ratuszową czekał finał – Lajkonik odebrał tradycyjny „haracz” od władz miasta, wzniosło się symboliczne „zdrowie” Krakowianek i Krakowian, a ostatni taniec, urbem salutare, oddał pokłon miastu.
Obok widowisk na scenie pod Ratuszową Wieżą, prezentowanych w tym roku przez Tatarski Zespół Taneczno-Wokalny Buńczuk, pojawił się również nowy element: LajkonikDay. Tego 11 czerwca mieszkańcy i turyści mogli uwiecznić własny kawałek legendy, nagrywając krótkie filmy o dniu z życia Lajkonika i dzieląc się nimi w mediach społecznościowych. Kreatywność zostanie nagrodzona lajkonikowymi upominkami – filmy muszą być dostępne publicznie do 30 czerwca.
Historia samego pochodu to już opowieść pokoleń. Źródła wspominają harce Konika Zwierzynieckiego już w połowie XVIII wieku; najstarsze zapiski datowane są na 1738 i 1756 rok. Mimo dziejowych burz – od wojen światowych, przez pandemię COVID-19, aż po przemiany społeczne – nie przerwano nici, po której przekazywano sekret tej tradycji kolejnym generacjom. Od zawsze pochód prowadzi z Zwierzyńca na Stare Miasto, a w 1849 roku po raz pierwszy trafił na Rynek Główny.
Korzenie Lajkonika wyrosły z życia podkrakowskich gmin i klasztoru norbertanek, a do końca XVIII wieku mocno związane były z grupą krakowskich włóczków – flisaków. Gdy ich organizacja przestała istnieć, pieczę przejęła rodzina Micińskich, następnie Mazurów, Marcinkowskich i Glonków. Dziś tradycja trwa w rękach Muzeum Krakowa, a pochód wspiera miasto finansowo nieprzerwanie od 1872 roku. Od 2014 wpisany na Krajową Listę Niematerialnego Dziedzictwa Kulturowego, Lajkonik czeka na miejsce wśród tradycji obszaru UNESCO.
Lajkonik – odpowiedzialność, nie tylko kostium
W tej opowieści rodzina Glonków zasługuje na własny rozdział. To właśnie oni – od lat związani z Wodociągami Miasta Krakowa – dają Lajkonikowi twarz i serce. Przez 35 lat Zbigniew Glonek, najpierw czynny, potem emerytowany pracownik wodociągów, wcielał się w Konika Zwierzynieckiego. Dziś kontynuuje to jego syn Mariusz – już trzecie pokolenie tej samej rodziny towarzyszy Lajkonikowi w orszaku, dbając o przekaz tradycji, jakiego nie sposób kupić ani wymusić przepisem prawa.
Bycie Lajkonikiem to nie rola dla każdego. Kandydaci na tę postać od lat przygotowują się do niej fizycznie i emocjonalnie. Dawna konstrukcja stroju ważyła aż 35 kilogramów, co wymagało siły i hartu ducha. Ale prawdziwy ciężar to odpowiedzialność – przed oczami tysięcy mieszkańców i gości stajesz się żywym symbolem miasta, wcieleniem szczęścia, nadziei i tradycji.
Dziś pochód coraz bardziej otwiera się na dzieci i turystów. Pojawiają się zabawy, wspólny taniec, spotkania z przedstawicielami miasta. Wszystko po to, by podtrzymać autentyczność tradycji, a zarazem tchnąć w nią nową energię, która zwiąże kolejne pokolenia z tym niezwykłym świętem.
Kiedy więc za rok usłyszymy gwar pod oknami, a tłum otoczy Lajkonika pod Wieżą Ratuszową, zatrzymajmy się na chwilę i pomyślmy: każdy z nas jest uczestnikiem tej wielopokoleniowej opowieści. Opowieści o tym, jak Kraków nie pozwala, by legenda straciła głos – nawet wtedy, gdy zmienia się świat.



